Po raz kolejny czułam się jak bezbronna gówniara, która nie miała zupełnie nic do powiedzenia i nie potrafiła się sprzeciwić nikomu i niczemu. Mając nadzieję, że Tom niedługo pojawi się u mnie, poinformowałam recepcje hotelu o tym, żeby udostępnili mu klucze. Wpatrując się w sufit, słuchałam głośnych odgłosów dochodzących z dołu i zaczęłam zastanawiać się po co to wszystko. Ten ślub i cała ta szopka. Miles miał rację, że niepotrzebnie przyjeżdżałam. W końcu moja siostra przez ostatnie cztery lata zapomniała o mnie zupełnie tak jak ja o niej. Nawet nie próbowała się ze mną skontaktować, nigdy nawet nie składałyśmy sobie życzeń na urodziny więc zaproszenie na ślub było dla mnie zupełnym zaskoczeniem. Ale czułam, że to wszystko miało drugie dno, że mojej siostrzyce chodziło o coś więcej niż tylko o to, aby odnowić kontakt.
Wróciłam myślami do ostatniej rozmowy z nią i rodzicami. — Jak to wyjeżdżasz? — ojciec huknął otwartą dłonią w stół i podniósł się wpatrując się we mnie intensywnie. — Normalnie. Wyjeżdżam. Mam dość tego miejsca i tego, że każdy patrzy na mnie jak na coś gorszego. — To my z twoją matką poświęcamy życie, aby cię wychować, a ty się tak odwdzięczasz? Jeśli teraz wyjdziesz z tego domu, możesz już nie wracać! Zrozumiano?! — złapał mnie za ramię, powodując przy tym ból, ale nawet się nie skrzywiłam. Wyszarpałam ostrożnie rękę z jego uścisku i przesuwając spojrzeniem po całej trójce, wzruszłam ramionami. — W takim razie myślę, że to jest pożegnanie. — powiedziałam i kierując się w stronę schodów do pokoju, by zabrać swoją torbę, usłyszałam szloch matki. — Dlatego ona nie może być taka jak Cami? Dobrze, że nasza idealna córeczka nie jest ani trochę do niej podobna...
Poczułam mdłości i siadając na rogu łóżka, złapałam głośno oddech. Zaciskając mocno powieki, przesunęłam palcami po włosach i słysząc stukanie w okno, od razu podniosłam się by je otworzyć.
Poczułam mdłości i siadając na rogu łóżka, złapałam głośno oddech. Zaciskając mocno powieki, przesunęłam palcami po włosach i słysząc stukanie w okno, od razu podniosłam się by je otworzyć.
— Widzę, że wkradanie się do mojego pokoju zostało ci na dobre. — roześmiałam się i wciągając Toma do pokoju, wyjrzałam przez okno, dopiero teraz dostrzegając, że miał nawet łatwiej się do niego dostać, bo w końcu bardzo urósł.
Kiedy chłopak już pozbierał się z podłogi, oplotłam go dłońmi i wzdychając ciężko, pociągnęłam na nosie. — To był błąd. Nie powinnam była przyjeżdżać... Miles... On... — odchylając głowę w tył, spojrzałam na jego twarz i odsunęłam się od niego na krok. — Chyba nadal coś do niego czuję.
Głos mi się załamał i chowając buzię w dłoniach, policzyłam do dziesięciu, aby nie pozwolić emocjom aby wzięły nade mną górę. Nie mogłam się rozkleić, nie teraz. Zabierając od niego swoje rzeczy po prostu skierowałam się w stronę łazienki i przebierając się w nową sukienkę mimo wszystko cieszyłam się, że nie założyłam tego przeklętego stanika. Nowa sukienka miała odkryte całe plecy, w kolorze pudrowego różu, w zestawieniu z moją opaloną skórę wyglądała przepięknie, ale nie tylko to odróżniało ją od poprzedniej kreacji, ta sięgała do ziemi, a dosyć głębokie wycięcie z przodu, powodowało, że wyobraźnia u nie jednego mogła zacząć działać, bardzo głęboki, ale nie wulgarny dekolt podkreślał dokładnie to co powinien. Poprawiłam włosy i upięłam je delikatnie, w tyle tworząc bardzo dziewczęcą fryzurę. Wychodząc z łazienki, rozłożyłam dłonie chcąc się okręcić wokół własnej osi, by zaprezentować się przyjacielowi, lecz ku mojemu zdziwieniu nie zastałam go w pokoju, uznałam, że pewnie wyszedł oknem. W tym momencie był on moim najmniejszym problemem, musiałam iść porozmawiać z Cami. Wchodząc do jej pokoju, zastałam ją w objęciach... Toma. Stojąc w drzwiach i wpatrując się w ich ściskające się sylwetki, poczułam jakby powietrze ze mnie uleciało, jakbym dostała kamieniem w głowę, albo ktoś po prostu wyrwał mi serce. — Co do cholery... — powiedziałam w końcu, czekając na jakąkolwiek reakcje.
I dopiero wtedy, pierwszy raz w swoim życiu zobaczyłam jak mój przyjaciel płacze i wcale nie płakał dlatego, że nakryłam go w miłosnym uścisku z moją siostrą. Płakał bo dopiero teraz zrozumiał, że nie może pozwolić jej odejść. Płakał bo Cami prawdopodobnie nosiła jego dziecko. — Czy Miles wie? — zapytałam, starając sobie przyswoić informacje.
Miles:
Droga wyjątkowo zajęła nam dużo czasu, ale to głównie dlatego, że jechaliśmy totalnie okrężną drogą, byle tylko ze sobą pogadać. Porozmawiałem szczerze z Benem, obgadaliśmy to i owo, a kiedy zatrzymałem się pod swoim mieszkaniem i już miałem wyjść, zatrzymał mnie jego głos.— Co Ty robisz?
Posłałem mu zdziwione spojrzenie i zmarszczyłem brwi.— No jak to co? Zmieniam ten cholerny krawat.
Trzasnąłem drzwiami od samochodu, czego zaraz pożałowałem, bo w normalnych okolicznościach wydzierałem się na każdego, kto to zrobił. Przekopałem szafę w mieszkaniu i w końcu znalazłem jakiś krawat. Problem w tym, że za cholerę nie mogłem go zawiązać, co przecież normalnie też mi wychodzi, ale dziś przy tej czynności zwyczajnie trzęsły mi się ręce i najchętniej rzuciłbym nim o ścianę. W końcu zirytowany zapiąłem pod szyją muchę, bo z tym nie było większego kłopotu. Lustro mówiło mi, że wyglądam jak klaun, ale przecież gorzej i tak być nie może.
Siadłem za kierownicą, ale zanim włączyłem silnik odezwał się Ben.— Słuchaj, stary, nie powinieneś się żenić — dobitnie zaakcentował swoją wypowiedź, a ja skomentowałem to litościwym spojrzeniem.— Trzeba było powiedzieć mi wcześniej — wzruszyłem ramionami, w tym samym czasie odpalając samochód i wyjeżdżając na ulicę.— No właśnie! Trzeba było powiedzieć mi wcześniej!
Ten dzień będzie cudowny, pomyślałem, mknąc z powrotem do domu Cami i jej rodziców. Zaparkowałem samochód i chwilę pogadałem ze swoimi rodzicami, którzy zaczepili mnie na korytarzu. Uciekłem jak się dało, bo moja matka była bliska łez, na które nie chciałem patrzeć. Potrzebowałem marynarki, którą widziałem wcześniej u Cami w pokoju, dlatego wparowałem do środka licząc na to, że nikogo tam nie zastanę. A jednak myliłem się.— Co to za koło różańcowe? — rzuciłem w kierunku świętej trójcy, jaką zastałem w środku.
Nie poświęciłem im jednak za wiele uwagi, ponieważ złapałem marynarkę, zarzuciłem ją sobie na ramiona, a potem grzebałem w komodzie, w której powinny być moje spinki do mankietów. Zmarszczyłem brwi i odwróciłem się do narzeczonej.— Cami, widziałaś moje spinki?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz