Ayleen:
Słysząc jego odpowiedź, odsunęłam się od niego o krok i dotykając językiem górnej wargi, odwróciłam od niego spojrzenie. Przez kilka sekund zastanawiałam się co mam powiedzieć, ale w głowie miałam pustkę. Łapiąc głośno oddech, spojrzałam na niego i uniosłam nieznacznie kąciki ust ku górze.
— W takim razie to chyba nasze pożegnanie. — wyszeptałam i nim poczułam, że emocje biorą górę, przymknęłam powieki i ponownie robiąc krok w jego stronę, wysunęłam dłoń w stronę jego policzka.
Ostrożnie dotykając jego skóry, wpatrywałam się z uwagą w jego tęczówki, chcąc jakby zapamiętać ich najmniejszy fragment.
— Pamiętaj, że jesteś niezwykłym facetem. Pamiętaj, że zawsze będziesz zajmował wyjątkowe miejsce w moim sercu. Żegnaj, Miles.
Mówiąc ostatnie słowa, uniosłam się na palcach i przybliżając do siebie jego twarz, złożyłam niezwykle czuły pocałunek na jego policzku, hacząc kącikiem ust o jego usta. Chwilę później zniknęłam za drzwiami pokoju, zostawiając go samego. Nie miałam siły na to, aby słuchać kolejnych słów, tłumaczeń i przeprosin. Na korytarzu wpadłam jednak na swoją siostrę, która łapiąc mnie za ramiona, wpatrywała mi się w oczy, a ja dopiero teraz zauważyłam, że cały jej makijaż spłynął od łez.
— Powiedziałaś mu?! — jej dłonie coraz mocniej zaciskały się na moich ramionach, a w jej oczach nie było już smutku, tylko niepohamowana złość.
— Puść mnie. — nakazałam, a gdy rozluźniła uścisk, posłałam jej chłodne spojrzenie. — Nic mu nie powiedziałam. Sama to zrobisz, sis. Przestałam Cię wyręczać w trudnych sytuacjach. — wyszarpując ramiona z jej uścisku, minęłam ją, ale kilka kroków później, odwróciłam się od niej przodem.
— Jesteś cholerną szczęściarą, wiesz siostrzyczko? Miles w przeciwieństwie do ciebie, jest ci wierny. I nie myśl, że po raz kolejny ujdzie ci to na sucho. Zadbam o to, żeby wszyscy dowiedzieli się co zrobiłaś, jeśli mu nie powiesz.
Ruszając w kierunku swojego pokoju, starałam się nie rozkleić. Było mi przykro, że wybrał Cami, ale nie mogłam się temu dziwić. Ostatnie cztery lata w końcu spędził z nią. Pakując do torebki swoje rzeczy, udało mi się złapać kelnera z pełną tacą kieliszków, którą odbierając od niego, zaniosłam do swojego pokoju. Szybko opróżniłam je wszystkie i nim wpadł mi do głowy kolejny głupi pomysł, zabrałam torbę i zbiegając w dół po schodach do salonu natknęłam się na swoją rodzicielkę.
— Gdzie idziesz Aylee? — zaświergotała mi przy uchu, obejmując mnie ramieniem. Cofnęłam się i zabrałam jej dłoń ze swojego barku.
— Wychodzę. Trzymaj się mamo. Mam nadzieję, że kiedy prawda wyjdzie na jaw będziesz dumna ze swojej idealnej córeczki.
I nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, zniknęłam za drzwiami wejściowymi. Wsiadając do zamówionej wcześniej taksówki, podałam adres hotelu, w którym się zatrzymałam, całe szczęście podróż nie trwała zbyt długo, bo już trzydzieści minut później stałam w hotelowej łazience zmywając z siebie chaos dzisiejszego dnia.
— Dzień dobry, chciałabym zamówić taksówkę na dwudziestą. Na lotnisko. Tak, tak, dziękuję.
Rozłączając się wrzuciłam obie sukienki do torby, uprzednio wyciągając z nich jeansy i koszulkę Metsów, którą wygrałam kiedyś na meczu. Tym razem zakładając stanik - prześliczną czarną braletkę - poprawiłam ramiączka na obojczykach i zapinając klipsy w koszulce, przesunęłam palcami po mokrych włosach, odrzucając je na plecy.
Godzinę później siedziałam na lotnisku, czekając na swój samolot. Metalowe oparcie krzesełka wbijało się w mój kręgosłup, sprawiając, że musiałam poprawić się na siedzeniu. Podciągając kolana pod brodę, wsunęłam dłoń do torebki, aby wyłączyć telefon, bo jego ciągłe brzęczenie zaczynało wyprowadzać mnie z równowagi. Opierając czoło o kolana, oddychałam ciężko, starając poukładać sobie wszystko w głowie. Nie miałam pojęcia jak bardzo nagrzeszyłam w poprzednim życiu, za to że spotykało mnie to wszystko, ale nie wykluczone było to, że zostałam ukamienowana za jakąś poważną zbrodnie. Byłam zmęczona, a ciśnienie rozpierało m czaszkę. Masując powoli skronie, odchyliłam głowę w tył starając się myśleć o czymś przyjemnym jednak owe myśli nie pojawiały się. Wypuszczając powietrze ze świstem, podniosłam się na nogi i zawieszając torbę na ramieniu, ruszyłam w stronę kolejki, która zaczęła ustawiać się przy wejściu. Zupełnie nie mogłam skupić się na tym co działo się wokół mnie, dopiero głośny krzyk mojego imienia rozlegający się po lotnisku wyrwał mnie z rozmyślań. Odwracając się przez ramię, nie zobaczyłam nikogo na horyzoncie swojego wzroku, więc uznając, że coś mi się przesłyszało, wróciłam do kolejki. Zaraz jednak odwróciłam się ponownie i dostrzegając biegnącą postać w moją stronę, szybko doszło do mnie, że to Miles. Rozglądając się po otaczających mnie ludziach, w końcu przepuszczając ludzi, zrobiłam niepewny krok w jego stronę, a kiedy w końcu stanął przede mną, przesunęłam dłonią po ramieniu.
Miles? Co Ty tutaj robisz? Coś się stało? - zapytałam nieco wytrącona z równowagi.
Nie byłam pewna czy chcę słuchać tego co ma mi do powiedzenia. Nie byłam pewna czy mam ochotę w ogóle na niego patrzeć. Poprawiając torbę na ramieniu, zerknęłam w stronę kolejki, która robiła się coraz mniejsza.
— Zaraz muszę iść.. — powiedziałam, starając się wyszarpać mu ramię z uścisku.
Kiedy jednak wyprostował się i spojrzał na mnie, poczułam jak moje ciało rozluźnia się, a ból głowy znika. Wpatrywałam się w niego i nie wiedziałam co mam zrobić, chciałam rzucić mu się na szyję, ale nie wiedziałam po co właściwie tutaj przyjechał.
Miles:
Kiedy składała pocałunek na moim policzku, mocno oplotłem ją w talii i przytuliłem do siebie. To takie niedorzeczne, że w końcu, gdy znów się spotkaliśmy, tym razem rozstajemy się już tak naprawdę. I mimo, że przecież żyłem bez niej całe cztery lata, tym razem było mi przykro, bo razem z jej odejściem, odeszła też nadzieja, że kiedykolwiek tutaj wróci.
Wyszedłem z pokoju po długiej chwili. Próbowałem wszystko przeanalizować, ale gdy w mojej głowie pojawiał się coraz większy mętlik, odpuściłem. Na korytarzu minąłem Toma, który jakby wystraszył się na mój widok, a później wpadłem na zapłakaną Cami. Po twarzy spływał jej cały makijaż, a ona sama gdy mnie zobaczyła wpadła w histeryczny płacz i niemal się na mnie rzuciła.
— Co się dzieje, Cami? Co się stało? — mruknąłem nieco wytrącony z równowagi, bo przecież kiedy widziałem ją jakiś czas temu wszystko było dobrze.
A później, stojąc z tym draniem u boku wyznała mi całą prawdę. A to ja martwiłem się tym, żeby czasem jej nie zranić. Jak mogłem być taki naiwny?
— Wiesz co? Mam gdzieś z kim się puściłaś i co jest tego wynikiem. Ale problem w tym, że przez Ciebie spierdoliłem coś sto razy ważniejszego — rzuciłem, z kpiącym uśmiechem.
Odwróciłem się tyłem, bo po tym wszystkim już nie miałem energii wdawać się w jakiekolwiek kłótnie. Przynajmniej już wiedziałem gdzie jest moje miejsce. Nacisnąłem klamkę, ale zatrzymał mnie śliny uścisk tych małych szponów na moim nadgarstku.
— Nie-nie... Nie możesz tak odejść! Miles, zo-zostań ze... — przerwałem ten wywód głośnym prychnięciem.
— Chyba sobie kpisz — zamrugałem, bo jej słowa naprawdę wprawiły mnie w niezłe osłupienie. — Weź ją ode mnie i spraw, aby nigdy więcej nie pojawiła się na mojej drodze — lekko pchnąłem ją w kierunku Toma, co oczywiście było w miarę ostrożne, nie miałem przecież zamiaru zrobić jej fizycznej krzywdy.
Trzasnąłem drzwiami, biegiem odszukałem swojego przyjaciela a potem rzuciłem na jednym wdechu:
— Nie będzie ślubu. Znajdź Ayleen, raz dwa!
Zbiegłem schodami w dół, mijając i potrącając wszystkich wokół. Jedyną osobą, którą chciałem jeszcze znaleźć, była matka Cami. W końcu nie mogłem wyjść bez słowa.
— Pani Gallo! Przykro mi, ale nie żenię się z Cami. Jest ku temu pewien bardzo ważny powód, o którym ona sama powinna Panią poinformować.
Nawet nie poczekałem na to, co ma mi do powiedzenia. Moim priorytetem było co innego. Odnalazłem Bena, który z niewesołą miną poinformował mnie, że Ayleen wymeldowała się z hotelu i zamawiała taksówkę na lotnisko. Rzuciłem kilka nieciekawych epitetów w swoją stronę, a potem wsiadłem w samochód i obrałem sobie cel, którym było natychmiastowe odnalezienie drugiej z sióstr Gallo.
Nie miałem gdzie zaparkować samochodu, dlatego gdy w końcu udało mi się go gdzieś wcisnąć, biegłem już ile sił. W końcu czas się liczył i naprawdę mogłem jej już nigdy więcej nie zobaczyć. Wpadłem na lotnisko, przebiegłem wzdłuż niego, a potem, widząc informację o niedalekim odlocie, pokonałem odprawę i wszelkich ochroniarzy i już leciałem na spotkanie z dziewczyną. W końcu znalazłem ją w kolejce na pokład, która po obu stronach odgrodzona była barierką.
— Ayleen! - Krzyknąłem głośno, licząc na to, że się odwróci, ale w wyniku tego działania odwrócił się niemal każdy, przez co zniknęła mi z pola widzenia. Pognałem obok barierek, a kiedy w końcu ją znalazłem, mocno zacisnąłem rękę na jej nadgarstku, w razie gdyby miała mi gdzieś uciec.
— Musisz... - sapnąłem, nieco zmęczony biegiem. —Wyjść stąd... — odetchnąłem porządnie, żeby móc dokończyć. — Ze mną.
Pokręciłem głową z głośnym westchnieniem, bo cała ta sytuacja nieźle wytrąciła mnie z równowagi. W jednej chwili okazało się, że dziewczyna, z którą za chwilę miałem się ożenić, spodziewa się dziecka z kimś, kto nie jest mną, a dziewczyna, na którą czekałem przez cztery lata chce wyjechać, tym razem na dobre.
Mocniej zacisnąłem dłoń na jej ramieniu, kiedy próbowała wyszarpać się z mojego uścisku. Postąpiłem krok w jej stronę, a potem w dłonie złapałem jej policzki.
— Ayleen... Nie biorę ślubu z Twoją siostrą, rozumiesz? — uniosłem jedną brew z nieco niemrawą miną, bo po tym wszystkim co zrobiłem lata wstecz, nie miałem pojęcia jak ją do siebie przekonać.
— A skoro już tu przyleciałaś... Chcę, żebyś została trochę dłużej. Ayleen, nie wsiadaj w ten samolot.
Głośno wypuściłem powietrze z ust, kątem oka obserwując malejącą kolejkę. Wiedziałem, że jeśli ona wsiądzie dziś do tego samolotu, najprawdopodobniej już nigdy więcej jej nie zobaczę, a przecież tego chciałem uniknąć. Skoro już przyjechała i może miałem jakikolwiek wpływ na to, by została trochę dłużej, to chciałem tego spróbować i przekonać się czy jesteśmy sobie pisani.
— Zabiorę Cię stąd. I wcale nie będziemy tam wracać. Znajdę Ci hotel, albo odstąpię własną sypialnię, tylko zostań, przynajmniej kilka dni — zacisnąłem wargi, unosząc brwi w górę, a potem wyciągnąłem dłoń w jej kierunku i posłałem jej naglące spojrzenie.
— Ayleen?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz