środa, 22 lutego 2017

Rozdział pierwszy

Ayleen:

Fakt, że przez ostatnie cztery lata kontakt z moją rodziną ograniczony był do trzech maili w miesiącu, wcale nie pomagał w pokonywaniu stresu. Siedząc na tylnym siedzeniu taksówki, obserwowałam jak pod domem zaczynają zbierać się goście weselni, widziałam jak ciotka Betty ustawia wszystkich do wspólnego zdjęcia, przez co przypomniał mi się dzień mojej studniówki. Doskonale pamiętałam moment, w którym siedząc w szkolnej stołówce, Archer podszedł do mnie i przy całej szkole zapytał czy chciałabym zostać jego partnerką. Ucieszyłam się jak szalona, bo w końcu chłopak, który od wieków mi się podobał przestał się ze mnie naśmiewać i spojrzał na mnie jak na interesującą dziewczynę, a nie jak na grubaskę, z której można sobie tylko pożartować i podręczyć. Jednak kiedy tylko jego kumple zauważyli, że nabrałam się na ten żart, sprawili, że cała szkoła wybuchnęła śmiechem. Nigdy, w całym swoim życiu nie czułam się tak upokorzona jak wtedy. 
Wracając myślami do rzeczywistości, spojrzałam swoimi błękitnymi tęczówkami na mężczyznę, który siedział za kierownicą i denerwował się, że nie opuszczam pojazdu. Zaciskając palce na złotej kopertówce zapłaciłam mu z nadwyżką i chwilę potem ruszając w stronę rodzinnego domu, doskonale słyszałam jak cichną wszelkie rozmowy, a wzrok zgromadzonych skupia się na mojej osobie. Łapiąc cicho powietrze, zaciskałam palce na torebce, starając się dotrzeć do drzwi wejściowych, gdy w końcu je przekroczyłam, moim oczom jako pierwsza ukazała się moja mama. 
— Cześć mamo. — odezwałam się w końcu i przesuwając dłonią po włosach, uśmiechnęłam się nieznacznie. 
Ubrana w bardzo dobrze dopasowaną, sięgającą nad kolano, czarną, koronkową sukienkę na cieniutkich ramiączkach, złote sandałki na słupku, i z blond włosami prawie do pasa, wiedziałam, że ich zaskoczę. Nie sądziłam jednak, że aż tak. Przez kilka chwil nikt nie ruszył się, żeby się ze mną przywitać, nikt nawet nie drgnął. Łapiąc oddech, ruszyłam w końcu w stronę rodzicielki i objęłam ją mocno gładząc jej plecy. Jej perfumy szybko dotarły do moich nozdrzy, co mimo wszystko przywołało na mojej twarzy uśmiech. 

Kiedy w końcu udało mi się wyrwać ze szponów ciotek i całej reszty towarzystwa uznałam, że potrzebuję chwili spokoju, odrzucając jasne włosy na plecy, ruszyłam w stronę schodów na górę, od razu kierując się do mojego pokoju, który ku mojemu zdziwieniu nie był pusty. Naciskając na klamkę, pierwsze co poczułam to mocny zapach perfum. Męskich perfum. Marszcząc brwi weszłam dalej do pokoju, a moim oczom, ukazała się postać młodego mężczyzny. Początkowo nie wiedziałam kim jest owy osobnik, ale widząc w lustrze jego odbicie, od razu poznałam te wesołe iskierki w jego oczach, Miles - pomyślałam. Poczułam jak po moim ciele przechodzi nieprzyjemny, zimny dreszcz, chcąc zamknąć drzwi i zapaść się pod ziemię, usłyszałam jak prosi bym została i mu pomogła. 
Stając z nim twarzą w twarz, mimo obcasów, wciąż byłam od niego niższa o głowę. Wsuwając kosmyki włosów za ucho, oblizałam bardzo powoli, pomalowane na czerwono usta i skupiając się na porządnym zawiązaniu jego krawata, czułam jak moje dłonie drżą. 
Zmienił się. Jego twarz nie była już tak denerwująca, a meszek pod nosem zamienił się w okazały zarost. Mimo tego, że nigdy źle nie wyglądał, to teraz jego ciało wyglądało nieskazitelnie. Czułam jak mnie obserwuje, jak nie spuszcza wzroku z mojej skupionej twarzy, sama jednak starałam się nie patrzeć na niego. Nie potrafiłam. Jego perfumy mocno drażniły mój nos, więc odsuwając się od niego jak najszybciej, spojrzałam przelotem na jego twarz, by zaraz potem spojrzeć w stronę drzwi, które się otwarły. 
— Tak myślałam, że cię tutaj znajdę, Aylee. Chodź, nie przeszkadzaj Milesowi. Ah, i twoja siostra chciała cię zobaczyć. — zaćwierkał głos mojej rodzicielki, która przepuściła mnie w drzwiach i zamykając je za mną, poinformowała, że Camille jest w swoim pokoju. 




Miles:

Może i postępowałem nie fair. Może i byłem popieprzonym egoistą, mającym na celu jedynie własne dobro, ale czy to nie nim byłem właśnie przez całe życie? I z tego powodu podjąłem nie jedną złą decyzję, za którą pociągnęła się masa kolejnych, niestety to zaczęło do mnie docierać dopiero w tej chwili, a w tej chwili na żal było za późno. Żenię się. Cholera, naprawdę się żenię i rozumiem to dopiero teraz, gdy pewnie po raz ostatni bawię się z kumplami tak dobrze jak tej nocy, tak, to mój wieczór kawalerski i zaczyna dobijać mnie myśl, że to ostatni czas który tak spędzam. Cami na ogół jest w porządku dziewczyną, ale wiem, że mi na to nie pozwoli. Niby mamy wspólny język, wiele zainteresowań, ale czułem, że na jej miejscu powinna znaleźć się teraz inna dziewczyna.
Ayleen Gallo. Ta dziwna, mała i niezdarna dziewczyna zbliżyła mnie do tej rodziny, o czym nikt nie miał pojęcia. Pamiętam, jak któregoś dnia po prostu nie widziałem jej w parku, gdzie codziennie czytała jakąś grubą i nudną książkę, a ja grałem w piłkę z drużyną. Potem nie pojawiła się przez cały tydzień, drugi, trzeci, aż w końcu zrozumiałem, że zniknęła z mojego życia na dobre tylko nie wiedziałem dlaczego. To znaczy podejrzewałem, że mogłem mieć na to jakiś wpływ, że w końcu przesadziłem, powiedziałem kilka słów za dużo, ale w sumie... O to mi chodziło od początku, prawda? Pozbyć się z życia dziewczyny, która sprawiała, że czułem się cholernie nieswojo jak nigdy i jeszcze wtedy nie rozumiałem, że to dlatego, że mnie do niej ciągnie. Bo jak mogłoby mnie ciągnąć do kogoś takiego? To niedorzeczne, tak myślałem. Byłem ciekawy co się z nią dzieje. Zaszyła się w domu, obraziła na cały świat? Któregoś razu po prostu zaczepiłem jej siostrę, a potem wszystko poszło już szybko. Podłapaliśmy kontakt, czasem wyciągnąłem od niej jakąś informację odnośnie jej siostry, ale później zrozumiałem, że nie pojawi się więcej w moim życiu i odpuściłem, tak po prostu.

Ranek nie należał do najprzyjemniejszych, głowa bolała mnie niemiłosiernie, do tego od śpiewania piosenek gardło bolało mnie tak cholernie, że unikałem wdawania się w jakiekolwiek dłuższe pogawędki. Na szczęście moja teściowa zaparzyła mi jakieś ziółka, które zminimalizowały ból mojego gardła do chrypki. 
Zaszyłem się w jednym z wolnych pokoi, ociągając się trochę podczas ubierania. Większą część czasu spędziłem po prostu na siedzeniu na miękkim łóżku i głębokim myśleniu, co wcale mi nie pomagało. Właśnie wiązałem krawat, gdy drzwi otworzyły się, a ja omal nie otworzyłem buzi ze zdziwienia. Dlaczego Cami nie powiedziała mi, że ma taką wystrzałową koleżankę? Udało mi się poprosić ją o pomoc przy wiązaniu krawatu, co było bardzo rozsądne, bo owocnym odkryciem było to, że wyglądają podobnie. Nie była więc koleżanką, a zapewne jedną z kuzynek. Świdrowałem ją tak spojrzeniem, dopóki moja przyszła teściowa nie wpadła do pokoju robiąc wokół siebie zamieszanie.
— Wszystko jest w porządku. Sam poprosiłem o pomoc — rzuciłem natychmiast.
Nie było szans, bym zdążył coś dodać, bo drzwi zaraz się zamknęły, zostawiając mnie tu samego, a ja dopiero wszystko przeanalizowałem. Aylee? Jasny gwint, chodzi o Ayleen? 
Chwila wystarczyła, a już pędziłem na drugi koniec korytarza, lawirując pomiędzy gośćmi i uprzejmie odwzajemniając rzucane mi uśmiechy. Nacisnąłem klamkę i gwałtownie wszedłem do pomieszczenia, czym przerwałem siostrzany uścisk.
- Cami? Betty mówiła, żebyś pomogła jej z usadzaniem gości.
Zwariowałeś Archer, totalnie zwariowałeś.
Odsunąłem się na bok, aby Cami cała w skowronkach mogła wyjść z pomieszczenia, a potem z powrotem zamknąłem drzwi.
Patrzyłem prosto na nią, a dłonie wsunąłem do kieszeni swoich spodni. Zjechałem wzrokiem niżej, dokładne zlustrowałem sylwetkę, wyłapując każdy szczegół i porównując nową Ayleen do tej starej, którą pamiętałem jeszcze ze szkoły. W końcu mój wzrok spotkał się z jej, a mnie było stać jedynie na lekkie skinienie i cichy pomruk:
— Ayleen. A więc znów się spotykamy.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz